Pierwszy spacer z kotem. Kilka refleksji i fotorelacja

Pierwszy spacer z kotem. Kilka refleksji i fotorelacja

Pierwszy spacer z kotem już dawno za nami, a wciąż nie było czasu na jakąś fajną fotorelację. Tyle przecież wokół ciekawych rzeczy do odkrycia i zrobienia – nie tylko przez kota – że aż żal siedzieć przed komputerem. Ale skoro już obiecaliśmy na naszym fanpejdżu pospacerowe refleksje, pora spełnić obietnicę.

Do pierwszego spaceru z kotem podchodziłem jak do jeża. Praktycznie odkąd Lucky trafił pod ten dach zastanawiałem się: wychodzić z nim czy nie wychodzić. Chyba każdy kociarz zna ten odwieczny dylemat: kot wychodzący kontra kot niewychodzący. Rozważania podobne do tych o wyższości świąt Wielkiej Nocy nad świętami Bożego Narodzenia zasługują na osobną historię i taką już przygotowujemy. Spodziewajcie się wkrótce głosu w dyskusji, do której już dziś zapraszamy.

Ad rem. Stanęło na tym, że wychodzimy. Przynajmniej spróbujemy. Na początek kilka żelaznych reguł. Oczywiście, nie samopas, lecz w eleganckich i funkcjonalnych szeleczkach, i na smyczy. Nie spacerujemy po brudnej, hałaśliwej i zatłoczonej  ulicy, nie przebiegamy przed maską samochodu. Nawigujemy w kierunku terenów zielonych, cichych i pachnących. W miarę bezludnych. I tam uczymy się spacerować.

Nowy (Wspaniały) Świat

Tak, uczymy. Wbrew pozorom kot, który dotąd nie opuszczał domowych pieleszy, na łonie natury wcale nie czuje się od razu jak ryba w wodzie. To dla niego zupełnie nowy świat, ogromny, pełen nowych bodźców, doznań. Przerażający. Tak, przerażający. Wyobraźcie sobie, że kot egzystujący dotąd na 40 metrach (no, Lucky ma akurat do dyspozycji więcej) nagle pojawia się w nowym, niczym nieograniczonym uniwersum. Nieograniczonym ścianami ani drzwiami. Gdzie nie spojrzeć, po horyzont rozciąga się świat. Nowy (wspaniały) świat. Nie ma znajomej miski z jedzeniem, znajomego fotela na którym ucina sobie drzemkę, kartonika, w którym można się ukryć. Ten świat obserwował dotąd z wysokości parapetu czy balkonu i ograniczony był on do jednej, dwóch ulic. Teraz wszystko ma na wyciągnięcie łapki. Oczywiście, koty są ciekawskie i na pewno chciałyby ten wszechświat poznać. Ale też ilość rzeczy do odkrycia, ilość bodźców, które na kota oddziałują w jednej sekundzie, naprawdę może przerazić. Wyobraźcie sobie, że los rzucił Was nagle na inną planetę, a będziecie mieli mniej więcej pojęcie, co czuje kot na pierwszym spacerze.

Metamorfoza kota

Zaczęło się komfortowo. Przynajmniej dla kota, którego niosłem na rękach. Mógł obserować z bezpiecznej wysokości, czując moją bliskość. Ale i tak marudził (choć to o niczym jeszcze nie świadczy, bo on w ogóle marudzi). Trudno powiedzieć czy zawodzenie, miauczenie, mruczenie na zmianę było oznaką zadowolenia czy niezadowolenia. Stwierdziłem, że przekonamy się w praniu czyli podczas kolejnych spacerów. Kiedyś musi być ten pierwszy raz. I tu zaskoczenie (choć nie do końca, patrz wyżej wzmiankę o przerażeniu). Otóż Lucky, dziki tygrys w domu, król domowej dżungli, który zdobywa szczyty najwyższych szaf i demoluje każdej wielkości sprzęty stojące mu na drodze na pierwszym spacerze nagle przemienił się w… ukrytego czołgistę. Ukrytego, bo postawiony na nogi natychmiast próbował się ukryć. Gdziekolwiek. Pod murem, krzakiem, w bramie, trawie, pod zaparkowanym samochodem. Byle dawało choć odrobinę osłony. Czołgistę – bo zamiast chodzić, nie mówiąc już o bieganiu, czołgał się brzuchem po podłożu. Spacer przebiegał komfortowo. Przynajmniej dla mnie, bo miałem sporo czasu na myślenie, relaks, odpoczynek, czekając aż Lucky zdecyduje się podnieść pupę i jednak zrobić krok, góra dwa. Po czym ponownie szukał bezpiecznego schronienia, w ostateczności zalegał jak placek.

Pierwszy spacer z kotem – refleksje

Oczywista oczywistość: kot to nie pies! Nie liczcie na to, że na widok smyczy zacznie skakać jak gumowa piłeczka i śliniąc się pobiegnie do drzwi. Sama smycz również „chodzi”, by tak rzec, wprost przeciwnie. Pies szarpie właściciela do przodu, kot szarpie przewodnika do tyłu. Lub zapiera się w miejscu i go nie ruszysz. Próby zmuszenia go do ruchu, pociągnięcia smyczy kończyły się tym, że Lucky przesuwał się, owszem, ale ślizgając brzuchem po trawie. Zachowanie domowe kota nijak się ma do zachowania na łonie natury. Nieustraszony zabójca doniczek i gołębi („atakowanych” przez szybę okienną) w parku tych ptaszków nawet nie zauważa, a wystraszyć może go… kiwająca się na wietrze łodyga dużego kwiatka. Koniec końców obaj zmęczyliśmy się tym spacerem – wracamy. I tu kolejna niespodzianka. Kiedy ponownie wziąłem go na ręce i zabrałem z bajecznie kolorowych ogródków działkowych, to dopiero wszczął raban i zaczął już zdecydowanie protestować. Czyli jednak spodobał mu się ten spacer? Na to wygląda.

Oczywiście, dotyczy to pierwszego spaceru z kotem. Kolejne, to już zupełnie inna bajka, o czym będziecie mogli poczytać – i zobaczyć na własne oczy – już wkrótce na naszym blogu. Szukajcie w kategorii Wychowanie.

Podziel się z innymi: