Jak koty poprawiają nastrój. Historia prawdziwa z filmikiem

Jak koty poprawiają nastrój. Historia prawdziwa z filmikiem

Koty poprawiają nastrój lepiej niż prozak, różanecznik i zioła zakonników bosych. O tym wie chyba każdy kociarz, dlatego ten tekst jest raczej przeznaczony dla niezdecydowanych. Dla tych, którzy jeszcze się wahają, którzy jeszcze nie wiedzą, że koty to najlepsze, co może ich w życiu spotkać. Pomijając zdrowie i miłość, ale to się przecież nierozerwalnie łączy.

Miałem naprawdę fatalny dzień. Nie jakiś jeden z tych zwyczajnych złych dni, ale taki, w którym wszystko się wali od samego rana, wszystko leci z rąk i to prosto na głowę. Nikt nie uwierzy w to, co się wydarzyło. Bo brzmi to jak kiepska historyjka wymyślona na potrzeby tego tekstu, na poparcie zawartej w tytule tezy (ale mam świadka!). Kiepska, bo takie rzeczy i aż takie rzeczy nie mają prawa się zdarzyć. Ale już dawno temu przekonałem się, że

jeżeli coś nie ma prawa się zdarzyć, to na pewno zdarzy się to właśnie mnie.

Obudziłem się z potwornym bólem głowy i cały połamany. Mamy wielkie łoże i naprawdę wygodny materac, a mimo to nie mogłem rano ruszyć ręką. Zaspany zalałem wrzątkiem stare fusy po kawie, zamiast świeżo wsypanej do kubka kawy. Tradycyjnie o poranku zrobiłem sobie sieciówkę – przegląd najważniejszych news’ów z interesujących mnie dziedzin. Czy muszę dodawać, że od razu straciłem poranny optymizm? Kto choć trochę orientuje się w bieżącej sytuacji politycznej, społecznej i gospodarczej tego kraju, ten dobrze wie, że 90 proc. codziennych doniesień może wpędzić człowieka myślącego w depresję.

Próbowałem zająć się normalną pracą, ale:

  1. wciąż byłem niewyspany
  2. laptop zaczął rzęzić jak traktor i pędzić niczym ślimak na emeryturze
  3. strona wywaliła komunikat błędu (ciekawe skąd się wziął?)

i zamiast zająć się normalną pracą przez kilka godzin próbowałem

  1. ustalić przyczynę błędu
  2. źródło błędu
  3. wyszukać w sieci informacje „jak to do cholery naprawić”
  4. doprowadzić stronę do stanu używalności

Każdy mój dzień składa się z jakichś takich (…)

Postanowiłem się na chwilę oderwać od pracy i odstresować… zmywając naczynia. Zapomniałem, że jest wśród nich przypalony garnek. To nie był dobry pomysł. Lepszym było wyjście po pyszną drożdżówkę (ser-czekolada, polecam!) do drugiej kawy. Czy uwierzycie, że w drodze do sklepu (ok. 3 minut drogi pieszo) odebrałem aż 3 rozmowy telefoniczne?

  1. propozycja kredytu (chętnie, o ile nie będę musiał go spłacać)
  2. propozycja pakietu TV (nigdzie sobie nie zanotowali, że od lat nie mam w ogóle telewizora?)
  3. urzędowa – niemiła (a są miłe sprawy urzędowe?)

Trudno powiedzieć, która z nich bardziej wyprowadziła mnie z równowagi. Na pewno trzy kolejne, odebrane już w domu

  1. pomyłka (No co tam Wieśka u ciebie zamiast dzień dobry)
  2. towarzyska (bo komuś się nudzi, więc chciał porozmawiać o… czymkolwiek!)
  3. służbowa – bo kocham wręcz rozmowy z ludźmi, którzy nie rozumieją najprostszych rzeczy (albo udają, że nie rozumieją, co bywa jeszcze gorsze).

Dodam, że była dopiero 10 godzina. Żeby już nie zanudzać, w telegraficznym skrócie: nie załatwiłem tego dnia tego, co chciałem, debilnych rozmów przeprowadziłem bez liku, przytknąłem palec do drzwiczek pieca kaflowego (tak, rozpalonego, rozgrzanego), przypaliłem kolejny garnek (a w nim swój -teoretyczny, potencjalny obiad), pojechałem na drugi koniec miasta nadaremno (bo pani urzędniczka nie wiedziała, o czym mówii co robi), jakiś typ przede mną w kolejce zgarnął mi ostatni chlebek żytni, już w okolicach godziny 13-tej dostałem tzw. głupawki, dzięki czemu wyszedłem na idiotę (pierwszy to raz?), bo pomyliłem diametralnie i piramidalnie okienka konwersacji (ciekawe, jak długo rozmówcy zastawiali się „ale o czym on w ogóle gada i czemu do mnie takie teksty?”), a w okolicach godziny 18-tej zacząłem zasypiać nad klawiaturą.

Jak koty potrafią dobić człowieka

Wiem, kociarze się na mnie zaraz oburzą, ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, którego choć raz koty nie wyprowadziły z równowagi. One to potrafią, jak mało które stworzenie na ziemi!

Nieważne, że wstałem przed czasem – o 4 nad ranem. Skoro mobilna lodówka (czytaj: ja!) jest już na nogach, znaczy powinna podać żarcie. Wypełzły moje kociaki (nie wszystkie, M. jeszcze spała) niewiadomoskąd i oczywiście hipnotyzują mnie wzrokiem, siedząc przede mną nieruchomo niczym porcelanowe figurki. Nie działa? Przeprowadzimy działania zaczepne! Reszka tradycyjnie i rytualnie staje na paluszkach, i szturcha mnie łapką – zareaguje czy nie? Lucky jest bardziej zdeterminowany – jego zdaniem, zadziała spacer po laptopie i zrzucenie z biurka jak największej ilości przedmiotów w jak najkrótszym czasie. Nie działa? Przeprowadzimy zmasowany atak! Zaczniemy się naparzać między sobą, oczywiście dziko wyjąc, piszcząc, miaucząc i dziko galopując!

jakim cudem 2 małe biegnące kotki wydają odgłosy galopującego stada bawołów pozostaje jedną z największych zagadek wszechświata

Wersja de luxe zmasowanego ataku polega na wgalopowaniu – z dzikim wyciem, piskiem i mauczeniem! – do sypialni, w której jeszcze śpi M. Gwarantowane, że tata zerwie sie z krzesła i pobiegnie za kotkami słodkimi kiciusiami, by je uspokoić i uciszyć, narobi przy tym jeszcze większego hałasu, mama się obudzi i wstanie, oczywiście wściekła i niewyspana, zatem chcąc nie chcąc, a chcąc rozładować napietą atmosferę, tata poleci szybko po miski i zajmie się kuwetami.

Ergo: Cel osiągnięty, 1:0 dla kotów (a bywa kiedykolwiek inaczej?)

Żeby nie zanudzać, w telegraficznym skrócie, co jeszcze kotki słodkie kociaki potrafią nawywijać w ciągu dnia:

  1. Chuligan Lucky zdążył podziurkować, powygryzać, porozrzucać pół kartonika, zanim zdążyłem w ogóle otworzyć paczkę. Dobrze, że jeszcze udało mi się sprawdzić, od kogo ją dostałem.
  2. Księżniczka Reszka zdążyła pożreć całą posypkę z dróżdżówki, którą kupiłem sobie specjalnie do porannej, drugiej kawy.
  3. Oboje razem lub sprawcy nie złapano na gorącym uczynku: wyć, piszczeć, galopować, biegać po klawiaturze laptopa, pokazywać słoneczko w trakcie jedzenia przeze mnie obiadu, rozkopać ziemię w doniczkach, nie trafić do kuwety, zrzucić coś, cokolwiek ze stołu, szafy, regału, domagać się pieszczot i/lub zabawy w momencie, kiedy mnie grunt pali się pod nogami i wszystko z rąk leci, zasnąć na klawiaturze laptopa, porwać wędlinę z kanapki, próbować ucieczki, kiedy otwieram drzwi listonoszowi, przegryźć kabel słuchawek (który to już komplet załatwiony), nadgryźć kabel ładowarki do telefonu (udało mi się przechwycić w trakcie), mordować się dziko i namiętnie (patrz filmik na końcu)

Czy ja już wspominałem, że w międzyczasie wyprowadziło mnie (wyprowadzało równocześnie) z równowagi miliard innych rzeczy? Mówcie, co chcecie, ale w chwilach załamania nerwowego człowiek ma ochotę wziąć za futro te małe, czarne diabły (no, chyba, że ktoś ma kota np. rudego) i zamknąć w transporterze na kilka godzin. Co najmniej.

Śniadanie w miłym towarzystwie (w sensie: możesz człowieku zjeść re(szt)ki)

Nieocenieni pomocnicy biurowi (no sam byś sobie człowieku nie dał rady!)

Jak koty poprawiają nastrój

Paradoksalnie – dla niektórych – koty poprawiają nastrój dokładnie w ten sam sposób, w jaki… potrafią go schrzanić.

Hipnotyzuje Cię, bo już o świcie marzy o jedzeniu, zabawie lub mizianiu? I świetnie! Spójrz w te piękne, szeroko otwarte, niewinne kocie oczy. Nie czujesz się już, natychmiast, od razu lepiej? Na pewno też wzruszysz się od razu, trzeba nakarmić kotka, kotek z głodu pada, taki ma wzrok proszący. Nieważne, że jadł kilka godzin wcześniej, a w misce dalej zalega karma.

Czy te oczy mogą kłamać?

Zastanów się przez chwilę, jak bardzo kot jest wyluzowany! Jak ma wszystko w… głębokim poważaniu. Dlaczego biega po klawiaturze, zrzuca wszystko na ziemię? Bo może! I w tej akurat chwili poczuł taką misję dziejową – Muszę biegać po klawiaturze! Ręka do góry, kto nie chciałby być równie wyluzowany, a przy tym skoncentrowany na realizacji zadań.

Zaczepia Cię, postukuje łapką, pakuje się na kolana? To się ciesz! To znaczy, że Cię kocha! Że potrzebuje Twojej obecności, dotyku, wspólnej zabawy. Doceń to, bo przecież everybody wants somebody to love.

A szalone gonitwy z przewrotkami? Przecież to czysta, żywa, radosna energia, młodość, zabawa, witalność, pierwotna siła natury, ruch, zdrowie, witalność… Długo można by wymieniać same pozytywy. Ilu z nas, obserwując dzikie kocie harce ma ochotę rzucić wszystko w diabły i dołączyć do zabawy. Większość zapewne nie tylko ma ochotę, ale to robi.

Koty nie tylko poprawiają nastrój, ale mają uspokajający, relaksujący, zbawienny, terapeutyczny wpływ na człowieka. Nie muszą nawet nic robić. Wystarczy, że po prostu są. Że są przy nas.

A jeśli nadal jesteś niezdecydowana(y), to jak najszybciej musisz spróbować zapoznać jakiegoś kota. Bo życie sobie marnujesz człowieku!

Koty poprawiają nastrój, bo… SĄ! Z Tobą!

czego starszy kot może nauczyć młodszego

Aż człowiek ma ochotę rzucić wszystko i dołączyć do zabawy

 

 

Podziel się z innymi: